11 września Poranek przywitał nas ponuro. Ogromna mgła i deszcz nie zachęcały do wychodzenia z namiotu. Trzeba było jednak szybko wziąć się w garść. W planach mieliśmy nocleg w obozie pierwszym. Dzień od początku nie układał się zbyt dobrze. Do warunków atmosferycznych doszło samopoczucie Grześka – niestety zaczęła rozkładać go choroba. Postanowiliśmy, że najlepszym wyjściem będzie jego pozostanie w bazie. My zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Przygotowanie sprzętu, smarowanie nart i mogliśmy ruszać. Do „jedynki” doszliśmy bez większych kłopotów. Marcin i Darek po kilkudziesięciu minutach zaczęli się zbierać do zejścia do bazy – nie mogli zostać na noc w jedynce, bo był to dla nich pierwszy na tej wyprawie kontakt z tą wysokością. Ja nocowałem z Alexem – hiszpańskim himalaistą, z którym zaprzyjaźniliśmy się w bazie. Wieczór bardzo nam się dłużył, ale kiedy w końcu usnęliśmy, spało nam się dobrze. 12 września Wstaliśmy z samego rana. W obozie nie było nikogo poza nami, więc nie śpieszyliśmy się i na spokojnie wzięliśmy się za swoje rzeczy. Około dziesiątej wyruszyłem w kierunku obozu drugiego. Chciałem wyjść jak najwyżej, żeby w końcu mieć dłuższy kontakt z nartami, ale po dojściu na wysokość 6000 m n.p.m. podjąłem decyzję o zawróceniu. Mgła była tak gęsta, że po wyciągnięciu rąk przed siebie ledwo widać było dłonie. Nie pozostało mi nic innego jak zapiąć narty i zsunąć się do obozu pierwszego. W „jedynce” poczekałem na chłopaków – Darek i Grzesiek mieli w planach nocować dziś w jedynce. Kiedy dotarli do mnie, wzięliśmy się za rozłożenie własnych namiotów (dzień wcześniej spałem w namiocie Alexa). Ja sam zdecydowałem się jednak wrócić do Marcina, który pozostał w bazie, nie decydując się na wyjście w górę. Kolano Marcina jest delikatnie nadwyrężone, więc nie było sensu, żeby go przeforsowywał. 13 września Marcin od samego rana wziął się za robienie zdjęć, wykorzystując krótkie przejaśnienia. Ja natomiast nawiązałem kontakt z chłopakami. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że podjęli decyzje o wyjściu w górę i założeniu obozu drugiego. Bez namysłu wziąłem więc wszystko co potrzebne i poleciałem w górę. Po drodze mijałem wielu wspinaczy. Pomiędzy „jedynką” a „dwójką” zauważyłem, że przez te kilka lat teren zmienił się tu nie do poznania. Zrobiło się wiele szczelin i lodowych ścianek. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że chłopakom udało się już rozstawić namiot. Po krótkim odpoczynku postanowiliśmy z Darkiem podejść jeszcze trochę w górę, żeby nagrać parę narciarskich ujęć. Wzbudziło to spore zainteresowanie wspinaczy biwakujących na tej wysokości. Po powrocie do dwójki czekało nas polskie przywitanie. Nie był to jednak Grzesiek. Okazało się, że w amerykańskiej ekspedycji bierze udział również Polak. Nick, bo tak miał na imię, na co dzień mieszka w Stanach. To było miłe spotkanie. :) W dwójce nocowałem tylko ja i Grzesiek. Darek postanowił wrócić do bazy. 14 września Po ciężkiej nocy wróciliśmy do bazy. Niestety zjazd na nartach był wykluczony. Powtórzyło się wszystko to, co prześladuje nas od momentu dotarcia do bazy. Opad i gęsta mgła spowodowały, że takie przedsięwzięcie było po prostu zbyt ryzykowne. Zostawiłem więc narty w obozie numer dwa i ruszyłem z Grześkiem w dół. Na miejscu czekał na nas wspaniały lunch przygotowany przez Renziego. Nie mieliśmy jednak czasu specjalnie rozkoszować się ciepłym i smacznym jedzeniem. Zaraz po obiedzie odbyła się Pudźa – lokalny rytuał odprawiany za powodzenie wyprawy. W ceremonii uczestniczyły również inne wyprawy. Po krótkim poczęstunku udaliśmy się do namiotów. Pogoda cały czas paskudna. Do usłyszenia! (Zdjęcia: Marcin Kin)