Ufff. Jeszcze tylko kawałek. Jeszcze tylko jakieś 200 metrów i jestem na szczycie. Nogi powoli odmawiają posłuszeństwa, umysł zaczyna szwankować, chyba już nie bardzo wiem, co się dzieje. W głowie jedna myśl – idź dalej, jesteś naprawdę blisko. Gdyby ktoś przywrócił mi siły, które miałem w momencie wychodzenia z bazy, trasa zajęłaby mi 10 minut. Ale czeka mnie jeszcze jakaś godzina wspinaczki. Przypominam sobie wyjście z bazy – pełen zmrok, rozgrzewka, zeruję zegarek, żegnam się z Marcinem, podchodzę do Renziego, wykonuję obrządki, ruszam. Ile wtedy miałem energii!***Droga do obozu pierwszego zajęła mi około godzinę. Przez cały ten odcinek towarzyszył mi intensywny deszcz, byłem kompletnie przemoczony. Na szczęście w jedynce mogłem się przebrać. Ruszyłem dalej – nie było na co czekać. Szybko minąłem dwójkę i w końcu doszedłem do trójki. Tam czekał na mnie już Grzesiek z Darkiem. Od wyjścia z bazy minęło 4 godziny i 30 minut.***Łuuh! Już prawie jestem. To chyba tutaj. Ślady się kończą, a iść wyżej już nie można. Tak, na pewno, jestem na szczycie! Udało się! Ale mnie bolą nogi. Nie ma czym oddychać. Zaraz, zaraz – która godzina? Podwijam rękaw – 12:06. Jestem na szczycie Manaslu. Szybko podliczam. Od 22 do 12… 14 godzin! Wow! Udało się! Pobiłem rekord! Nie mogę uwierzyć. Moment ekscytacji przerywają wywoływania moich kompanów przez radio. 'Andrzej jak tam idzie, Andrzej odezwij się, Andrzeeeej!' – to zatroskany brat próbuje się do mnie dobić. Chwilę zajmuje mi powrócenie do rzeczywistości i uświadomienie sobie, że te głosy to nie jest wytwór mojej wyobraźni, tylko wywoływanie przez radio.***Minęło jakieś siedem godzin od momentu, kiedy wraz z Grześkiem opuściliśmy Darka i ruszyliśmy z trójki. Drogę do czwórki pokonaliśmy praktycznie razem. To był najlepszy etap tej walki. Ja i mój brat, razem, we dwójkę wspinamy się na jedną z najwyższych gór świata. Wschodzi słońce, a my ramię w ramię pokonujemy kolejne metry i zbliżamy się do szczytu, do naszego upragnionego celu. Przypominały mi się młode lata, kiedy razem z Grześkiem, który wprowadził mnie w ten świat, spędzaliśmy masę czasu w Tatrach. Niestety widziałem, że Grzesiek opada trochę z sił. Musiałem iść jednak swoim tempem – wiedziałem, że da sobie radę. Może iść spokojniej. Z pewnością spotkam go zjeżdżając w dół, będzie miał już tylko kawałek do szczytu.***Ej, ile czasu ja już tu jestem?! Muszę dać znać chłopakom, że jestem na szczycie! 'Halo, halo, tu Jędrek, od jakichś dziesięciu minut jestem na szczycie!'. W odpowiedzi słyszę – 'Wow, brawo bracie, gratulacje, strasznie się cieszymy! Teraz spokojnie – zapinaj narty i powolutku w dół! Pamiętaj o stromym i oblodzonym odcinku pomiędzy czwórką i trójką! Czekamy z Darkiem w trójce! Jeszcze raz gratulacje!'. Grzesiek w trójce? Cholera! Zawrócił?! Niech to szlag! Miał rację co do naszej aklimatyzacji – za krótka. Zabrakło jednego wyjścia… No nic, muszę się stąd jak najszybciej ewakuować. Czuję się coraz słabszy. Mój czas na szczycie się wyczerpał. Zapinam narty… ale to teraz trudne! Mija chwila – jestem gotowy. Mogę jechać!***Ruszyłem. Zjazd z ośmiotysięcznika – to po to było tyle roboty! Pod nogami pełen beton. Normalnie pewnie bym narzekał, ale teraz jest to niesamowita frajda. Cieszę się jak dziecko z każdego skrętu. ***Nie wiem, ile to zajęło. Dla mnie dojazd do trójki był tylko chwilą. Nie pamiętam obozu czwartego. Musiałem prześlizgnąć się jakoś bokiem. Pamiętam za to ludzi, których mijałem po drodze. Ciężko powiedzieć obok kogo zjeżdżałem. Wszyscy byli zamaskowani, w grubych kombinezonach, z maskami tlenowymi na twarzy. Różnili się tylko objętością plecaków. Ci z wielkimi to musieli być Szerpowie, ci za nimi, na linach, to pewnie ich klienci.***Z trójki naprzeciw mnie wybiegli Grzesiek z Darkiem. Darek oczywiście z kamerą rejestrował jak zbliżałem się do bazy. Grzesiek od razu podał mi jakieś picie. Padam z sił. Muszę odpocząć. Proszę o więcej picia. Herbata smakuje jak nigdy.***Ile trwał mój pobyt w trójce – dokładnie nie pamiętam. Zarejestrowałem natomiast, że zaczęła nadciągać duża mgła. Myślałem, że to tylko chwilowe, ale myliłem się. Muszę jechać w tych warunkach. Ruszyłem ponownie. Darek z Grześkiem kończyli pakować obóz. Zjazd zrobił się nieprzyjemny i niebezpieczny. Nie ma szans. Na wysokości około 6500 metrów musiałem odpiąć narty. Nici z moich marzeń o przemierzeniu całej drogi na nartach. Drogę z obozu drugiego do jedynki pokonuję klasycznie. W jedynce zapinam narty i dojeżdżam do końca lodowca. Strasznie opadłem z sił. ***Do bazy docieram po 21 godzinach walki. Mam pewien niedosyt. Na pewno dało się to zrobić szybciej. Pogoda nie dała jednak za wygraną. Nie zmienia to faktu, że pobiłem kolejny rekord. Wyjście na szczyt i powrót do bazy zajęły mi 21 godzin i 14 minut. To ogromny sukces, ale jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy. Jestem skrajnie wycieńczony.zdjęcia: Marcin Kin