18 wrześniaDzień przywitał nas wspaniałą pogodą. Obudziło nas prażące słońce i naprawdę wysoka temperatura w namiocie. Muszę przyznać, że po poprzednim, niezwykle intensywnym dniu, byliśmy mocno zmęczeni.W stronę trójki wyruszyliśmy bez specjalnego pośpiechu. Ciężkie plecaki i wysoka temperatura nie zachęcały do szybkiego tempa. Darek z Grześkiem wystartowali pierwsi, ja zbierałem się trochę dłużej. Po jakimś czasie dogoniłem chłopaków i dalszą wspinaczkę kontynuowaliśmy już razem.Przed nami, mniej więcej o trzeciej w nocy, wyszli Szerpowie, którzy poręczowali odcinek pomiędzy trójką a czwórką. Ci ludzie są prawdziwymi herosami – wyglądają jakby zupełnie nic nie robiło na nich wrażenia. Przeciążone plecaki, nadludzka harówka, ale nie narzeka nikt. Do tego po każdym wyjściu wracają do bazy, bo po prostu nie przepadają za spaniem na dużych wysokościach.Razem z Grześkiem rozmawialiśmy z najstarszym z Szerpów. Do góry prowadził ludzi, którzy wyglądali jakby w górach pojawili się po raz pierwszy. Powiedział, żebyśmy uważali, bo w tym roku jest wyjątkowo dużo szczelin, a jeśli chodzi o narty, to jest ekstremalnie trudno.Sama wspinaczka nie szła nam zbyt szybko. Byliśmy bardzo ostrożni – zrobiło się lawiniasto, a wszyscy tutaj pamiętają tragedię sprzed dwóch lat, kiedy lodowe seraki zgarnęły namioty ze śpiącymi wspinaczami z trzeciego obozu. Był tutaj wtedy też Glen Plake, który cudem uszedł z życiem. Przerażająca historia.Po dojściu na przełęcz zrzuciłem plecak i wyszedłem jeszcze trochę w górę, żeby zjechać kawałek na nartach. Plany pokrzyżowało mi załamanie pogody. Mgła zrobiła się tak gęsta, że postanowiłem wbić narty mocno do śniegu i wyruszyć pieszo do trójki, którą zakładali chłopaki.Noc była ciężka. Nad Manaslu rozszalała się burza. Kiedy w pewnym momencie potężnie huknęło i intensywnie rozbłysnęło niebo, przestraszyliśmy się nie na żarty. Zastanawialiśmy się czy nie wycofać się niżej, ale na szczęście uspokoiło się.19 wrześniaDzień rozpoczął się pogodnie. Razem z moim bratem wyruszyliśmy w górę, żeby ugruntować naszą aklimatyzację. Sił i energii nie było zbyt wiele, ale doszliśmy wysoko – ja na 7300, a Grzesiek nieco niżej. Dodatkowo miał on wreszcie okazję użyć nart. Wcześniej nie było to możliwe ze względu na jego przeziębienie. Pierwszy zjazd sezonu i od razu z ponad 7000 m.n.p.m. Nieźle, co?! :)Zjazd był piękny. Grzesiek dojechał do trójki i zostawił tam narty, żeby ułatwić sobie atak szczytowy. Ja dotarłem do dwójki, szukając po drodze optymalnej trasy zjazdu. Dojeżdżając do dwójki, hiszpańscy himalaiści wiwatowali widząc mój zjazd. To właśnie w ich towarzystwie spędziłem czas, oczekując na schodzących chłopaków. Do jedynki dotarliśmy razem. Czekał tam na nas Marcin. Wcześniej szukaliśmy bezpiecznej linii zjazdu, co nie okazało się łatwym zadaniem. W jednym miejscu zostałem zmuszony do zdjęcia nart i zejścia po drabinie. Mocno zacząłem się zastanawiać nad zjazdem zupełnie inną drogą. Wymaga to jednak wcześniejszego szczegółowego rozpoznania grani schodzącej do wysokości bazy. Niestety potwierdziła się opinia Szerpy. Małe naśnieżenie w tym roku znacznie utrudnia zjazd na nartach.20 wrześniaDzień spędziliśmy już w bazie. Pogoda kiepska. Jedni uciekają do książek, drudzy odsypiają i ładują baterie na kolejne, ważne dni.Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. W dziesięć dni założyliśmy trzy obozy, wszyscy czują się dobrze zaaklimatyzowani. To był intensywny czas. W szczególności ostatnie kilkadziesiąt godzin, które stały pod znakiem ostatniego aklimatyzacyjnego wyjścia. (zdjęcia: Marcin Kin)