15 wrześniaW końcu nadszedł ten dzień. Dzień upragnionego odpoczynku. Co ważne, wszyscy mieliśmy poczucie, że ten odpoczynek jest zasłużony. Ostatnie dni były dla nas naprawdę ciężkie i intensywne, więc na parę godzin leniuchowania zdecydowanie mogliśmy sobie pozwolić. Jedną z atrakcji (tak, to naprawdę była atrakcja! :)) była dla nas możliwość wzięcia prysznica, z której wszyscy skorzystaliśmy z największą przyjemnością. Nad Manaslu po raz pierwszy zaświeciło słońce – nie można było zmarnować okazji do kąpieli w towarzystwie ciepłych promieni słońca.Wieczorem odwiedził nas Russell Brice – nowozelandzki wspinacz i himalaista uważany za jednego z najwybitniejszych himalajskich przewodników, właściciel jednej z największych agencji zajmujących się organizacją wypraw. Po prostu - człowiek instytucja.Russell prowadzi statystyki odnośnie wypraw. Chętnie odpowiedzieliśmy na jego wszystkie pytania, wypiliśmy po herbatce, podpytaliśmy o szczegóły dotyczące prognozy pogody. To były ciekawe odwiedziny. 16 wrześniaDzień przywitaliśmy wcześnie. Po szybkim śniadaniu Darek i Marcin wyruszyli do jedynki, licząc na dobre zdjęcia o zachodzie słońca. Ja z Grześkiem zostałem podładować jeszcze trochę akumulatory. Jutro będę chciał uderzyć do dwójki i spędzić tam dwie noce oraz zrobić wyjście aklimatyzacyjne – najwyżej jak się da. Zachód chłopakom musiał się wyjątkowo spodobać. W szale zdjęciowym zapomnieli się nam zameldować, a my nadaremnie ich wywoływaliśmy. :)17 wrześniaWstaliśmy z Grześkiem o 5:30. Zjedliśmy, spakowaliśmy sprzęt i wyruszyliśmy w górę. Około 8:30 dotarliśmy już do jedynki. Marcin i Darek oczywiście już nie spali – nie mogli sobie przecież odpuścić wschodu słońca. Bardzo się ucieszyli, kiedy poinformowaliśmy ich, że mamy dla nich pyszne śniadanie od Renziego.Dochodząc do obozu pierwszego zwróciłem uwagę na piękną, ośnieżoną górę, która zlokalizowana była nieopodal jedynki. Ten widok był tak kuszący, że poprosiłem chłopaków, żeby zajęli się przepakowaniem, a ja ruszyłem szybkim krokiem w kierunku tego apetycznego szczytu.Wyjście na nią zajęło mi niecałą godzinę. Widok ze szczytu – zapierający dech w piersiach, a co najważniejsze wspaniale było stamtąd widać całą drogę do naszego głównego celu – na szczytu Manaslu. Po krótkiej analizie drogi zapiąłem narty i ruszyłem w dół. To był niezwykle przyjemny zjazd! Dojeżdżając do dołu miałem ochotę krzyczeć! Strasznie mi tego brakowało!Po dotarciu do reszty załogi wyruszyliśmy wspólnie w kierunku dwójki. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami, mniej więcej w połowie trasy Marcin zawrócił, a my musieliśmy przedrzeć się przez piękne, ale jednocześnie niebezpieczne seraki. Do obozu drugiego dotarliśmy koło 17.(Zdjęcia: Marcin Kin)