8 wrześniaW pierwszym dniu po dotarciu do Samagaun, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Zmęczeni trekkingiem w trudnych warunkach pogodowych, udaliśmy się do lodży i odpoczywaliśmy. W międzyczasie dotarł do nas nasz kucharz – Renzi. Dla tych, którzy nie pamiętają albo jeszcze nie wiedzą, przypominam – to nasz lokalny przyjaciel, który towarzyszy mi przez wszystkie wyprawy w Himalaje. Po ciepłym przywitaniu i chwili rozmowy otworzyliśmy piwka i zaczęliśmy omawiać plan na najbliższe dni.Kolejny dzień w Samagaun rozpoczęliśmy od treningu. Wraz z moim bratem wyskoczyliśmy trochę pobiegać i sprawdzić w jakiej jesteśmy dyspozycji. Ja za cel obrałem sobie jogging w miejsce naszej bazy, a Grzesiek wybrał troszkę krótszą trasę. Bardzo ucieszył mnie mój dobry czas po dobiegnięciu na miejsce. Okazało się, że 17 kilometrów i 1350 metrów przewyższenia pokonałem w 1 godzinę i 30 minut. Na tej wysokości (mniej więcej jak szczyt Mt. Blanc) to naprawdę niezły wynik.Po powrocie do lodży okazało się, że naszą wioskę odwiedził inżynier-społecznik i naprawił internet. Fakt ten oczywiście bardzo nas ucieszył, choć byliśmy też nieźle zaskoczeni kiedy okazało się, że pan mechanik do Samagaun szedł aż osiem dni. Drugą część dnia spędziliśmy na poznawaniu tutejszych ludzi i kultury. Marcin miał ze sobą oczywiście aparat, a Darek jak zwykle wszystko kręcił. Materiału zebraliśmy bardzo dużo, ale tak naprawdę najprzyjemniejsza w tym wszystkim była możliwość poprzebywania z tymi ludźmi i poznania ich bliżej. Ich skromność i pogoda ducha to coś, co poznając, na długo zapisuje się w pamięci.9 wrześniaW końcu! Nadszedł czas finalnego marszu do bazy!Wokół spakowanego sprzętu zebrała się niemal cała tutejsza ludności. To właśnie dzięki nim udaje się transportować cały niezbędny ekwipunek na tych wysokościach. Jak w każdym innym miejscu w Himalajach - po prostu jest to ich praca, choć to naprawdę nieswoje uczucie, kiedy widzisz kobiety ładujące na swoje plecy 20 kilogramowe toboły.W drogę wyruszyliśmy po obiedzie. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy namiocie, który pełni tutaj rolę spożywczego sklepu, wzięliśmy Colę i parę innych produktów, których z oczywistych powodów nie nieśliśmy z Katmandu i ruszyliśmy – teraz już bez dłuższych przystanków.W bazie czekał na nas Renzi, który przywitał nas gorącą herbatą. Spotykamy też nepalskiego wspinacza, który w bazie siedział już dziesiąty dzień i nigdzie się nie ruszał z powodu ciągłych opadów deszczu i złej aury. Przy kolacji poznaliśmy 26 letniego Amerykanina. Mega sympatyczny człowiek. Pochodzi z Kolorado i jest przewodnikiem górskim. Długo siedzieliśmy i wymienialiśmy poglądy na tematy związane z górami i nie tylko. 10.09Pogoda dalej nie zachwyca. Krzątając się po bazie, wypatrujemy szczytu. Bezskutecznie. Do bazy dociera beczka Grześka, która zgubiła się po drodze. Poprawiło nam to humory, bo okazało się, że znajdowało się w niej sporo sprzętu wspinaczkowego.Po obiedzie ruszyłem z bratem w kierunku obozu pierwszego. Mi udało dotrzeć się nawet nieco wyżej – prawie na 6000m.n.p.m. Czas pokonania tego odcinka napawa mnie optymizmem. Dodatkowo zauważyłem, że droga do obozu drugiego jest już przygotowana. Po drodze, w obozie pierwszym, spotkaliśmy Hiszpanów, którzy właśnie rozkładali namioty. Widząc mnie biegnącego próbowali namówić, żebym pomógł im kopać platformę. Rzuciłem szybko, że pomogę im jak będę zbiegać. Cały wypad zajął nam około dwie godziny. Teraz szykujemy się do jutrzejszego wyjścia – idziemy całą czwórką do 'jedynki' zakładać obóz. Jest tu kilka dobrych wypraw, więc robi się tłoczno. Z drugiej strony wcale nam to specjalnie nie przeszkadza – jest jeszcze ciekawiej.Całujemy!(zdjęcia: Marcin Kin)