Dzisiaj przed południem lokalnego czasu wróciliśmy do bazy. Akcja zakładania obozu III zakończyła się sukcesem. Przede mna i resztą ekipy kilka dni odpoczynku. Cały czas obserwujemy pogodę z myślą o ataku szczytowym. Różne prognozy mówią co innego, także na chwilę obecną czekamy. Tymczasem dzisiaj na blogu kilka słów od Marcina Kina, który od lat towarzyszy mi podczas wypraw i uwiecznia wszystkie fajne chwile na swoich fotografiach. Zapraszam do lektury.


***

Cześć wszystkim. Tu Marcin. Większość z was powinna mnie kojarzyć z poprzednich wypraw Andrzeja B. Dla niewtajemniczonych, zajmuję się dokumentacją fotograficzną poczynań Jędrusia.
Byłem z nim pod Shishapangmną, Manaslu, brałem też udział w zeszłorocznym biciu rekordu śnieżnej pantery. Nie udało mi się jedynie pojechać z nim na wyprawę na Broad Peak. Wspólnie z żoną oczekiwaliśmy narodzin naszego drugiego syna Stasia. Z wiadomych względów postanowiłem zostać wtedy w domu. Nie ukrywam jednak że kusiło… Nigdy wcześniej nie byłem w Karakorum. Nowe góry jeszcze inna kultura. Raj dla fotografa. Coż życie polega na dokonywaniu wyborów. Tego nigdy nie będę żałował.

I tak oto piszę do was z bazy pod K2, dwie godziny trekingu z bazy pod Broad Peak. Czyli jednak udało się, jestem w Karakorum i chłonę lokalną kulturę. Od dwóch tygodni jesteśmy w bazie. Jak zapewne wspomniał Szymon, treking poszedł gładko. Troszkę się namaszerowaliśmy zanim tu dotarliśmy. Widoki po drodze i na miejscu są jednak warte każdego wysiłku. Leżę sobie właśnie w namiocie na lodowcu który łączy się z czterema innymi lodowcami. Wokół mnie do góry pną się ośmio i siedmio tysięczniki. Nigdzie indziej na świecie nie miałem poczucia tak silnej majestatyczności natury. Ja i mój mały żółty namiocik jesteśmy niemal niezauważalni na tym pięknym pejzażu.




Ale żeby nie było, aż tak się nie obijamy. Niektórzy z nas mają już za sobą trzy wejścia do góry. Andrzej z Januszem Gołąbem i bratem Bartkiem poręczowali podejście do obozu drugiego. Od samego początku nasuwa się pytanie, którędy do góry? Najbardziej popularna droga, czyli tzw. droga Cesena jest wydawało by się najlepszym rozwiązaniem. Nie daje jednak rokowań na zjazd w dół na nartach. Początkowo zdecydowaliśmy się na atak drogą polską, w całości widoczną z bazy. Może troszkę trudniejszą i bardziej ryzykowną (póki co jesteśmy jedynym zespołem na tej drodze ) ale dającą wyraźne szanse na zjazd na nartach. Problematycznym punktem drogi wydaje się serak na wysokości ok. 7 000 m. n. p. m. Można go pokonać drogą Kukuczki, czyli patrząc od dołu na lewo od niego, dość trudnym terenem wspinaczkowym. Można też przetrawersować pod nim tak jak dokonał tego niegdyś Rainhold Messner. Jak dla mnie, obie drogi niemożliwe, jedna za trudna technicznie, druga zbyt ryzykowna.Są tu na szczęście silniejsi i bardziej odporni psychicznie ode mnie. W końcu po wielu dyskusjach zdecydowaliśmy, że droga Cesena będzie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Jak to Jędrek powiedział - safety first. Koniec końców potulnie przeszliśmy na uczęszczaną przez wszystkich drogę na szczyt, w „naszym” wariancie szukając jedynie szansy na zjazd...
 
W międzyczasie do bazy wraca Darek Załuski. Od poczatku wyprawy Darek walczył z bólem zęba. Wpakowaliśmy w niego masę tabletek przeciwbólowych, leczenie antybiotykiem także nie dało rezultatu. Nie chcieliśmy ryzykować i pozwolić mu na 6-dniowy marsz w takim stanie. Zdecydowaliśmy się na wezwanie helikoptera. Całe szczeście Darek szybko wrócił do formy i już niedługo będziemy wspólnie działać w górach.

No dobra, muszę wypełznąć z tego namiotu. Wskakuję w puchóweczkę i lecę na obiad. Obstawiam ryż z ważywami i mięsem Jaka, ewentualnie makaron z tym mięsem. Makaron był wczoraj. Dzisiaj na pewno będzie ryż.

Pozdrawiamy was. Trzymajcie kciuki za Andrzeja. Oczywiście nie obędzię się bez prywaty:  Marysiu KOCHAM CIĘ, Józek bądź grzeczny i opiekuj się Stasiem, Stasiu nie bij brata.
Pozdrawiam całą rodzinę, ściskam was i strasznie tęsknię.

***