Dzisiaj na blogu część druga weekendowych przygód w Chamonix i nasza wspinaczka granią Cosmiques do Aiguille du Midi. Opowiada Dariusz Urbanowicz.


***

Pobudka po nocy spędzonej na lodowcu wiąże się z uświadomieniem niezwykłej ciekawości. Czego się dziś dowiemy? Jaką przygodę przeżyjemy? Znów gotowanie wody ze śniegu, śniadanie, zwijanie obozu, pakowanie. Dołączył do nas Andrzej Bargiel. Przywiózł dodatkową linę i trochę szpeju. Szpej to różnego rodzaju ekwipunek wspinaczkowy, karabinki, ekspresy, friendy itd. Trudno nawet spamiętać co do czego służy.

IMG 8317a

Kiedyś prowadząc audycję w nieistniejącym już Radiu PIN kończyłem ją życzeniami, aby każdy poczuł zapach niedźwiedziego mięsa. Przeprawa granią też pachniała, lecz o tym za chwilę.

Podeszliśmy w stronę Grani Cosmique. Mieliśmy ją pokonać, co stanowi jedną ciekawszych tutejszych atrakcji dla początkujących i średniozaawansowanych wspinaczy. To droga wspinaczkowa, która zaczyna się pod legendarnym schroniskiem Cosmique, a kończy na Aguille du Midi. Trudność tego przejścia ocenia się na AD/II 4a.

Dobra rada dla wszystkich amatorów mocnych wrażeń. To droga dla doświadczonych, a jeśli komuś brakuje doświadczenia, powinien zaprosić do współpracy przewodnika. My mieliśmy honor przebrnięcia pod czujnym okiem Andrzeja Bargiela i Jakuba Poburki. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwszą stanowił Jędrek i Bodek Leśnodorski. W drugiej Kuba asekurował mnie i Kamila Borowskiego. Poza tym w weekendy bywa tam tłoczno, co na tej przeprawie jest momentami irytujące.

Dwuosobowy zespół przemieszcza się w takim terenie szybciej. Trójkowa asekuracja jest znacznie bardziej wymagająca. Ubrani byliśmy w miarę lekko. Pogoda idealna, wręcz za gorąco. Na głowach kaski, na nogach buty i raki, w rękach czekany. Gruba warstwa kremów z filtrem nie na wiele się zdała, bo i tak się strzaskaliśmy na bordowo. Wspinanie to jedno, ale momentami trzeba też zjechać na linach. Poruszaliśmy się od stanowiska do stanowiska. Drogę wytyczali nasi przewodnicy, a my podążaliśmy mozolnie za nimi odkrywając nowy dla nas świat koncentrując się przede wszystkim na tym, by nie odwalić jakiejś głupoty. Przysłowie Pana Gienka z Zakopanego wciąż aktualne. Fajnie, fajnie, ale zajebać się można.


IMG 8392

Nie będę pisał o tym, jak bardzo ekstremalnego wyczynu dokonaliśmy. Nie o to chodzi. Z punktu widzenia doświadczonych wspinaczy, nasza przygoda to prosta akcja niedzielna. Urocza, ale daleka od ekstremy. W kolejce powrotnej spotkaliśmy małżeństwo z Polski. Spanikowani samą wysokością Aguille du Midi i jazdą wagonikiem. Dla nich pokonanie tej grani przekracza granice wyobraźni. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Najważniejsze było dla nas przełamanie lęku, współpraca, postępowanie zgodnie z instrukcjami przewodników. To stanowiło największe wyzwanie. Czasem trzeba po prostu wykonać zadanie, bez rozważania czy to bezpieczne czy nie, czy się można zabić. Robiliśmy wszystko według kanonów sztuki, by móc cieszyć się z fajnie spędzonego czasu. Kolejny bagaż doświadczeń, który może nam się przydać pod K2.

Miało być o zapachu wspinania. Do butów mieliśmy przytroczone raki. W momentach, kiedy trzeba było się wspiąć po skale albo zjechać, kolce trą o kamień, zahaczają o dziurki, występy w granicie. Szuranie nimi o skałę wywołuje zapach. Ten sam jaki pamiętam z dzieciństwa, kiedy krzemieniem tarło się o krzemień próbując wywołać iskrę. Tak pachnie wspinanie w rakach po skałach.

***