Przygotowania do kolejnej wyprawy w toku... Jak już pewnie wiecie, pod koniec czerwca ruszam wraz z ekipą na K2, z którego też postaram się zjechać na nartach. W poprzednich latach udało mi się wykonać kilka podobnych zjazdów, jednak K2 Ski Challenge to zdecydowanie najtrudniejsze z moich dotychczasowych wyzwań. Zapowiada się niezwykła przygoda, której szczegółami chciałbym się z Wami podzielić tutaj na blogu...

Dzisiaj piszę z Chamonix, gdzie już w wyprawowym składzie ostro trenujemy przed wylotem w te najwyższe góry świata. Jest tutaj również Dariusz Urbanowicz, dziennikarz sportowy z wieloletnim doświadczeniem, który najpierw wszystkiemu bacznie się przygląda, a potem przelewa swoje refleksje na papier. To on pomoże mi w redagowaniu bloga podczas wyprawy i pokazaniu Wam jak wygląda takie przedsięwzięcie od "kuchni".

Nie będę się narazie za bardzo rozpisywał, bo muszę lecieć na trening. Was w międzyczasie zapraszam do lektury relacji Darka z naszych kilku ostatnich dni we Francji.



***

Na wtorkowej konferencji prasowej Andrzej Bargiel ogłosił, że wybiera się na K2. Cel: zdobyć i zjechać na nartach. Cztery godziny po zakończeniu spotkania z dziennikarzami siedział już w samolocie do Genewy, skąd rzut beretem do Chamonix. To mekka wszelkiego rodzaju górskich sportów outdoorowych. Miejsce pielgrzymek wspinaczy wszelkiego autoramentu, narciarzy, paralotniarzy, kolarzy, kajakarzy górskich, czy choćby piechurów. Godzina drogi od sporego lotniska i już się jest w najwyższych górach Europy. Jędrek spędza tu czas od kilku tygodni. Nie po raz pierwszy zresztą. Trenuje, szuka aklimatyzacji, przewyższeń, lodowca, warunków, które stworzą mu okazję do przygotowania się do arcytrudnej wyprawy na „Górę Gór”. Jest ona mało przyjaznym miejscem. Dlatego trzeba się sprawdzić w niesprzyjających okolicznościach. Niewielu wspinaczy może poszczycić się zdobyciem drugiego wierzchołka globu (8611 m n.p.m.). Za miesiąc zakopiańczyk ma być już gotowy do ataku. Do wyjazdu szykuje się również dotychczasowy prezes i współwłaściciel Legii Warszawa, Bogusław Leśnodorski. Od ponad dwóch miesięcy intensywnie szykuje się do ekspedycji. Wszyscy trąbią o tym jak bardzo schudł i w jakiej jest dobrej formie. Również szykuje ją w mieście pierwszych zimowych igrzysk olimpijskich.



Bargiel w pocie czoła pokonuje skrajne trudne podejścia. Pierwszego dnia po przylocie wraz ze swoim partnerem wspinaczkowym – Jakubem Poburką – wybrali się na trekking pod wyciągiem na Aquille du Midi. W ciągu trzech godzin podbiegli 1500 m wyżej i zbiegli na dół do Chamonix. Dla zwykłych śmiertelników niewyobrażalne tempo. – Wyjście na trening z Jędrkiem nie ma większego sensu, bo po stu metrach już go nie widać – twierdzi Bodek. Dlatego zarządził wyjście na rozprostowanie nóg i w tym czasie zrobiliśmy… zaledwie 750 metrów podejścia. – No to wyszło nam trochę więcej niż wam – zauważył Andrzej Bargiel z charakterystycznym dystansem. Ten pierwszy dzień miał być jednak spokojniejszy. Zmęczenie podróżą i zarwana noc po mistrzostwie Polski dawały o sobie znać.

Aguille du Midi to charakterystyczne miejsce. Iglica Południowa. Na tych granitowych sterczących skałach wciśnięto górna stację kolejki (bilet góra-dół kosztuje 60 euro). Owija stalowymi konstrukcjami granitowe wieże, a poszczególne segmenty łączą wijące się korytarze. Wygląda kosmicznie, choć schronisko Cosmique jest trochę gdzie indziej. Można kupić pamiątki, zjeść, kawę wypić (niezbędnie, bo w głowie się delikatnie tam kręci i senność niespodziewana potrafi dopaść). Turystom udostępniono tarasy, z których można podziwiać widoki na wszystkie strony świata. Również w stronę Mont Blanc. To oczywiście wynika z wysokość – 3800 m n.p.m. Pierwsze proste aktywności, choćby wejście po schodach, po wyjechaniu nań kolejką wywołują mocną zadyszkę. Powietrze zawiera tylko 65 procent tlenu. Na położonym 1000 m wyżej Mont Blanc współczynnik ten spada o dalszych kilka procent. Na Mount Everest życiodajnego gazu jest tylko 30 procent w porównaniu z powietrzem, którym oddychamy na nizinach. Ale o to właśnie chodzi. Spędzić tu maksymalnie dużo czasu. Przyzwyczaić organizm do innej pracy, właśnie przy niedoborze tlenu. Wjechaliśmy tam kolejką, podobnie jak dziś o poranku Jędrek z Kubą. Tyle, że my tam spędziliśmy dwie godziny i dopiero wybraliśmy się na przechadzkę pod kierownictwem prezesa. Po kilku wyjazdach z Bargielem dzieli się doświadczeniami. Trzeba jednak pamiętać, że dystanse mierzy się w górach nie w odległości, ale w przewyższeniu. Zatem istotniejsze ile metrów w górę, niż jak daleko. Bargiel z Poburką zjechali ze stacji kolejki do Col du Midi. „Normalnie, tak jak się jedzie”. Potem przetrawersowali „po poziomicy” w poszukiwaniu miejsca rozpoczęcia wspinaczki. To nie są przyjazne tereny do uprawiania narciarstwa. Ekstremalnie trudne. Narciarze z uprzężami alpinistycznymi to norma. Często by dostać się do stoku trzeba użyć lin, opuścić się po skałach, albo używając czekanów lub przyrządów do podchodzenia na linach wspiąć się gdzieś w miejsca pozornie niedostępne.



Mont Blanc du Tacul (4248 m). To szczyt pomiędzy Aguille du Midi a właściwym wierzchołkiem Mont Blanc. Można się tam dostać między innymi kuluarem Gervasutti i właśnie ta ściana była celem pary naszych wspinaczy. Wyposażeni w czekany techniczne, raki, liny oraz sprzęt asekuracyjny podchodzili po nieznacznie tylko odchylonej od pionu ścianie (800 m w pionie z 3450 m to 4228 m). – Niedawno sam zjeżdżałem tym kuluarem na nartach i chciałem go zobaczyć z nieco innej perspektywy – tłumaczy decyzję dzisiejszego treningu Bargiel. – Generalnie polega to na tym, że musisz zabrać ze sobą sprzęt, który pozwoli ci robić takie rzeczy bezpiecznie, czyli liny, śruby lodowe, specjalne „kości” mechaniczne, czyli sprzęt asekuracyjny chroniący przed ewentualnym upadkiem. Ruszyliśmy sobie dzisiaj i udało się. Warunki początkowo nie zachęcały zbytnio do działania, motywacja spadła do niskiego poziomu, ale się udało jakoś. Cały czas spadały takie „zsuwy”, czyli lawiny. Nie są one duże, ale bardzo szybkie. Nie udało nam się ich sfilmować, bo ciężko było zdążyć i uruchomić tak błyskawicznie sprzęt do nagrywania – telefon, czy kamerę. Szliśmy lewą stroną zbocza, celowo pod ścianami, aby uniknąć narażenia na porwanie przez te „zsuwy”. W końcu utworzył się taki potok, rodzaj rynny, w którą wszystko spadało, łącznie z kamieniami. Przechodziliśmy przez to, ale udało się to zrobić naprawdę szybko – opowiada Bargiel wymownie spoglądając wymownie na Kubę, którego niedawno uderzył właśnie spadający kamień w udo. Cud, że skończyło się tylko na ranie ciętej, kilku szwach i obyło się bez złamań czy jeszcze poważniejszych konsekwencji. – Na zejściu z wierzchołka napotkaliśmy cztery szczeliny, które musieliśmy przeskoczyć. W tamtym rejonie dziś nikogo nie było. Żadnych śladów. Ludzie tam się dziś nie zapuszczali. Może warunki nie spasowały, za dużo śniegu i bardzo ciężko iść. Trzeba torować, brnąć przez śnieg wytyczając ślady. My w ścianie spędziliśmy prawie cztery godziny. Początkowo wydawało nam się, że mamy za dużo sprzętu, ale ostatecznie korzystaliśmy ze wszystkiego. Zabrakło nam wody i… nart – przyznał Kuba. Te przydałyby się właśnie na zejściu, choć utrudniałyby wspinaczkę. Pozwoliłyby szybko opuścić niebezpieczny teren, a do tego warunki śniegowe sprzyjały fajnym wrażeniom z jazdy.

Czekając na Jędrka i Kubę nie mogliśmy usiedzieć na miejscu. Wjechaliśmy wykutą w skale, czterdziestometrową windą, by podziwiać widoki. Wodząc palcem po odległych wierzchołkach rozmowy dotyczą miejsc, gdzie da się wdrapać, skąd zjechać na nartach i gdzie spędzimy noc w namiocie. Zajrzeliśmy do muzeum, gdzie wyeksponowano pamiątki po gwiazdach środowiska górskiego, po ich spektakularnych wspinaczkach, pionierskich zjazdach na nartach lub snowboardach, przejściach po slack-line’ie, skokach B.A.S.E itd. W tym gronie znalazł się również jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii Jerzy Kukuczka. Szalę przeważyły trzy „wiadra” kawy, które wypiliśmy w kafejce. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw wspinaczom. Związaliśmy się linami ruszyliśmy wąziutką granią w dół. Niby ścieżka wydeptana, ale w prawo i lewo teren się urywa. Kilkaset metrów przepaści. Miękkie lądowanie w grę nie wchodzi. Szlak został już przetarty i szliśmy w sporej grupie, którą wiedli przewodnicy. Nasza decyzja nie spotkała się z entuzjazmem naszych mentorów. – Fajnie fajnie, ale można się zajebać – w podsumowaniu przywołali słowa ich znajomego Gienka z Zakopanego. W górach rozsądek jest na wagę złota. Bez niego lepiej zostać przed telewizorem w domu.

***